Ewa Morka - BLOG

O autorze ↓

I am going to take you on journey’s you’ve never dreamed were possible

Gdybym ktoś zapytał dlaczego w ogóle moda mnie interesuje, albo co mnie w niej interesuje, odpowiedź brzmiałaby: piękno i kunszt. Nie mam rzecz jasna na myśli dżinsów, t-shirtów, czy klasycznych marynarek, ale istotę tego czym prawdziwa, wielka moda (w którą wciąż wierzę) jest naprawdę.

Istnieje oczywiście moda ulicy, która bywa barwna i ciekawa, a ostatnio również bardzo szara i dresowa. Istnieją trendy pokazywane przez gazety czytelniczkom potrzebującym osiągalnej inspiracji: przykładowo styl safari, bądź kwiaty latem, grube dzianiny i sztuczne futra zimą. Istnieje też moda, z którą na co dzień nie mamy żadnej styczności, moda z najwyższej półki, która nie ma żadnych ograniczeń, przenosi nas do zupełnie innego świata i takiej właśnie mody można (jeszcze do 2-go sierpnia) doświadczyć (powiedzieć „obejrzeć” to za mało) na wystawie Alexander McQueen Savage Beauty w londyńskim Victoria & Albert Museum.
Wszyscy miłośnicy mody wiedzą z czym kojarzyć McQueena, znają jego wizjonerskie pomysły i pokazy będące raczej performance’ami niż prezentacją ubrań. Jednak wszystkie wyobrażenia, jakie wyrobiliśmy sobie na podstawie zdjęć i relacji z pokazów bledną i stają się malutkie gdy oglądamy te projekty na żywo.

Widzimy w nich całe bogactwo zainteresowań i odniesień. Widzimy ogromną erudycję, znajomość sztuki, umiłowanie rzeczy pięknych w nieoczywisty sposób, fascynację kulturą, ale i naturą, mroczną stroną ludzkiej duszy, śmiercią i tym co dziwne, a zarazem pociągające, przede wszystkim jednak widzimy niedościgniony kunszt. Te niepowtarzalne konstrukcje, zdumiewające połączenia faktur, idealnie spasowane kraty, misterne falbanki z jedwabnego tiulu i koronki zestawione z końskim włosiem dosłownie wbiły mnie w ziemię swoją doskonałością. Jest to bezgraniczny zachwyt, obcowanie z prawdziwym haute couture i czymś znacznie więcej niż ubrania.

Te wspaniałe projekty są jednak w równiej mierze wytworami przebogatej wyobraźni co efektami bardzo mozolnej pracy, bazującej na świetnej, nieustannie pogłębianej, znajomości rzemiosła. Sara Burton, (asystentka McQueena przez 15 lat, a po jego śmierci dyrektor kreatywna marki), w wywiadzie zamieszczonymw albumie z wystawy opisuje przykładowo jak Lee chciał ukroić koronkę z koła co było niemożliwe (z powodów technicznych) więc aby uzyskać zamierzony efekt ręcznie wycięto kwiaty, po czym naszyto jeden po drugim na tiul. Bez tego rzemiosła, bez całej krawieckiej tradycji, o której zresztą powiedział: „You’ve got to know the rules to break them. That’s what I’m here for, to demolish the rules but to keep the tradition.” nie powstałyby tak genialne kreacje. I kiedy czytam: „I’ve never aspired to mass production. Because of my training as a tailor, my work involves lots of love and care, which is why so many my clothes are made by hand here in London. Not to wow the crowd during a show, but because I love it.” to myślę, że mój bezgraniczny zachwyt wynika również z tej wielkiej miłości i szacunku McQueena dla krawiectwa jako takiego, bez którego haute couture po prostu nie mogłoby istnieć.
PS. W związku z powyższym jeśli jeszcze raz usłyszę w odniesieniu do jakiejkolwiek rodzimej, drapowanej sukienki z jedwabiu określenie „wysokie krawiectwo” to chyba wystosuję oficjalny protest. Mam nadzieję, zresztą, że nie jestem w tym myśleniu odosobniona i Tobiasz Kujawa, który o zasadach rządzących się haute couture pisał szczegółowo na swoim blogu w kontekście Project Runway, zgodziłby się ze mną.
Trwa ładowanie komentarzy...