O autorze
Jestem absolwentką kolegium mody na łódzkiej ASP a wcześniej filologii włoskiej na UW.
W październiku 2011 otworzyłam w Warszawie autorski butik. Podobnie jak niestety już nie sławetny John Galliano uważam, że doskonała moda równa się doskonała produkcja, dlatego w moich projektach ogromną wagę przywiązuje do jakości wykonania. Projektant moim zdaniem musi być rzemieślnikiem znającym techniczne aspekty szycia. Warto widzieć, że można nie tylko wdać się w dyskusję ale i wdać nadmiar tkaniny, a bezec nie jest odmianą bezy. Uważam, że w projektowaniu ubrań najlepszy jest moment, gdy pomysł staje się rzeczywistością i ta rzeczywistość okazuje się lepsza od pomysłu.

Tyłek na scenie

Nie chodzę do teatru. Dlaczego? Ciąży nade mną teatralne fatum. A jeśli nawet faktycznie tak nie jest, to przynajmniej dobrze to brzmi.

Jeżeli już przełamie się i uznam, że średnio kulturalna osoba naprawdę od czasu do czasu powinna się do teatru wybrać, to taka arcyrzadka wizyta tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że z teatrem współczesnym nie jest mi po drodze. Może powinnam wybierać repertuar ściśle klasyczny, tradycyjnie wystawiany, mówiący wyłącznie o sprawach zasadniczych i ważkich i porzucić teksty współczesne, gdyż od teatru oczekuję czegoś innego niż drobiazgowe odwzorowywanie codzienności. A może po prostu nie odpowiada mi moda na dosłowne pokazywanie na scenie wszystkiego - z gołym tyłkiem na czele.



„Anioły w Ameryce” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, które niedawno obejrzałam (wiem, wiem, jestem strasznie zacofana, wszyscy już dawno to widzieli) poza przemyśleniami w stylu: „Trzeba było wziąć kanapki, czemu te krzesła takie niewygodne? (spektakl trwa ok. 5 godzin)” upewniły mnie, że jestem osobą kompletnie nienowoczesną i niepostępową, skazaną na chodzenia jedynie do opery i na balet. Wszystko za sprawą wyżej wzmiankowanych gołych tyłków.

Sądziłam, i zresztą nadal sądzę, że tatr jest sztuką umowną, że pewne kwestie się sugeruje i że nie jest tu potrzebna łopatologia i kawa na ławę, tylko działanie na wyobraźnię. Przychodzi mi na myśl to, co mówił znajomy, z wykształcenia aktor, że w teatrze szekspirowskim bohater ugodzony szpadą rzucał na scenę czerwoną wstążkę i jasne było, że krwawi. Było jasne dla ówczesnej publiczności i jak sadzę dla współczesnej również by było. Nie pojmuję dlaczego reżyserzy zamiast szukać tego typu rozwiązań wolą epatować aktorami rozebranymi do rosołu.

W spektaklu Warlikowskiego Andrzej Chyra siedzi w opuszczonych gaciach na sedesie. Czy naprawdę jest niezbędne, żeby każdy oglądał jego przyrodzenie, jak najbardziej prawdziwe, skoro on nie siedzi na prawdziwej ubikacji podłączonej do kanalizacji, tylko na rekwizycie wniesionym przez Rafała Maćkowiaka? Gdzie jest granica dosłowności i czy to, że on nie ma na sobie majtek czemuś faktycznie służy? A jeśli tak, to czemu, bo ja nie jestem w stanie tego wymyślić. Że nie wspomnę o zupełnie nagim Maćku Stuhrze, na widok którego nie myślałam bynajmniej: „Co za odwaga i poświęcenie dla roli!”, ale: „Ojej, bidulek! Szczerze współczuję”. Taka nagość w moim odczuciu jest dla widzów (zwłaszcza w pierwszym rzędzie) krepująca i po prostu zbędna.

Wiem, że golizna bardzo nam spowszedniała. Z bilbordów kuszą dekolty i biusty a filmy epatują śmiałymi scenami łóżkowymi lecz tak naprawdę to wszystko nie dzieję się na naszych oczach. Są to obrazy przefiltrowane, zmontowane, wyczyszczone i zakomponowane na nowo, które stają się odrębnym bytem, nie do końca realnym. A w oglądaniu z bliska czyjegoś gołego tyłka na deskach teatru jest mnie niestety coś z patrzenia na pana sikającego na poboczu, z całym szacunkiem dla aktorów, którym się każe grać takie role.
Trwa ładowanie komentarzy...